Festiwalowy trip: Open’er Festival + Malta Festival + Bazant Pohoda Festival!

•16/12/2011 • Dodaj komentarz

Komu nie marzy się festiwalowy trip? Mi jak najbardziej, więc postanowiłam się na taki wybrać. Co stało się moim celem? Open’er festival w Gdynii, Malta Festival w Poznaniu i Bazant Pohoda w słowackim Trenczynie. Choć koncerty na gdyńskim Openerze zaczynają się dopiero w czwartek, nauczona doświadczeniem śpiąc na polu namiotowym wybrałam się tam już 29 czerwca, a właściwie 28 gdyż dzięki kochanemu PKP, które zawsze „dba” o swoich klientów podróż do Gdynii trwała prawie 9 godzin co przeważyło nad pomysłem nocnej podróży. Spakowana na dwutygodniowy trip z namiotem w ręku, dziwnie patrzyłam na ludzi spakowanych w nawet większe plecaki/ walizki na 4 dni. No ale cóż, przecież to Open’er, a gdzie indziej jak nie tam mogą się polansować swoimi hipsterskimi ciuchami z „secondhandów” [h&m’a]… Powracając do festiwalu. Przyjeżdżamy na Babie Doły, płatnym autobusem bo przecież trudno było poddać do informacji, że już od środowego poranka działają te darmowe, przy okazji milion działkowych babć i dziadków kilkadziesiąt razy mówi nam na jakim mamy wysiąść przystanku [spoko, nie dojechałybyśmy chyba do Świnoujścia]. Wysiadamy z autobusu a tam czeka już pod wejściem chmara Openerowiczów. Jedni przestraszeni, widać, że pierwszoroczni inni starszaki z minionymi opaskami na ręku. A tam ledwo co ogarnięte Babie, nawet napisu powitalnego nie zdążyli założyć, ale za to pełno obsługi i pracowników AA paraduje na rowerkach i jeździ w te i nazad. OK. Otwierają. I ruszyyyyli. Spokojnie otrzepuje plecak z ziemi i zmierzam w stronę opaskowni. Nawet nieduża kolejka, ujdzie. Wejście na pole? Jak zawsze nie przeszukują. Miejsce na polu? Bliskie idealowi. Namiot rozbity = PLAAAAŻA! Och Babiodołowe schody ale się za wami stęskniłam! Dało radę. Potem „MELANŻ MELANŻ MELANŻ”, koniec aktu pierwszego,tfu… dnia. Dzień drugi. Szaleni fani Coldplay czekający pod wejściem od hmm… wole chyba nie wiedzieć od której.
Przechodzę już do koncertów, których w tym roku zaliczyłam dosyć mało… Czy to przez pogodę? Nie wiem.
Czwartek 30.06
- The National – To na nich najbardziej czekałam tego dnia, po koncercie w Stodole nie mogłam odpuścić, aby ich znowu nie usłyszeć. Jednak grali jakby byli zmęczeni, bez tej ich energii, bez Venderlyle Crybaby Geeks acapella…
-Coldplay – hmm… Nie lubię zimnogrających, więc większość przesiedziałam niedaleko sceny choć przyznam że było kilka momentów, że aż wstałam i zaczełam nucić, ale stać pod scena? Nigdy! Już koncert Nationali był „ciasny” od psychofanek Martina&Co. I te spojrzenia gdy człowiek sobie głośno śpiewał Runway czy Fake Empire…ehhh
-Simian Mobile Disco – Słyszałam różne recenzje ich występów, ale jednak przeszłam się na ich koncert. Miał być live… Chyba wprowadzili nowe znaczenie tego słowa bo jak dla mnie to szarżowali po prostu za dekami… Ale Audacity of huge na żywo? Klasa!
- Caribou –SUUN SUUN SUUUN – The Twilight Singers – Dulli drugi raz w tym roku! Dobrze było, ale jednak te barierki w Stodole to było to!
- Two Door Ciemna Club – Tent szczelnie wyhipsterzony, ale miło było pobaunsować do ich brzdęków.
Piątek 1.07
-D4D – Jak na Polaków, są świetni!
- British Sea Power – hmm… Jak chyba większość publiczności zgromadzonej na tym koncercie, byłam tam tylko dlatego, że co jak co, ale tent wspaniałym schronieniem przed deszczem jest. A panowie z BSP, przykro mi ale mocno nudzili!
-Pogodno…
- Foals – Początek ich setu to mistrzostwo, wszystkie moje ukochane piosnki! Więc z mniejszym bólem serca mogłam się zebrać na CF. Ale nie sądziłam, że tak alternatywny wokalista będzie się w Polandii tak dobrze bawić… A dobrze, że na Babich jest dużo fałszujących Anglików, nie czuje się człowiek samotny fałszując razem z nimi.
- żałuje koncertu Cut Copy na który niestety nie dotarłam, wygrała wyprawa do namiotu aby przebrać się w coś suchego przed Foalsami… Ale i tak po zeszłorocznym koncercie szaleństwa się spodziewać nie mogłam…
- PULP – jeden z najlepszych koncertów Openera 2012, obok Strokesów najlepszy właściwie! Co ten Jarvis wyprawia na tej scenie! Całe Babie szalały choć lało strasznie… Nawet Jarvisowi deszcz zacinał prosto w twarz, cały zaplanowany koncert mu nie wypalił więć musiał improwizować z zabawianiem publiki i amen. „ddddddddddo you wanna know?” + „Gdańsk, do you wanna GGDDANCE?” -Crystal Fighters – przychodzę na Tent, a tam ledwo da się wejść! I dobrze! Impreza była przednia! Co prawda nie przebije baunsów na 2manydj’s rok wczesniej ale byli blisko! I LOVE LONDON!
- deszcz – to chyba był tajemniczy headliner piatku oprócz Pulp, ale i tak nie przeszkadzał nikomu przy tak niesamowitych koncertach
Sobota 2.07
10 rocznica? I nic do obejrzenia? Hmmm… Fail? Tak! Dzięki Z.
Może i ktoś nazwie mnie ignorantką (choć ni jak się ma to do rzeczywistości) ale sobota w tegorocznym line-up’ie Open’era wiała nudą… Dlategoteż początek dnia to Paristetris i Prums a potem powrót na pole, na dalsze koncerty dojscie dopiero przy początku Princea. To była konkretna nuda więc po chyba 7 piosenkach zwinęłyśmy się do klubu Heinekena do którego Heineken zasponsorował mi 4 „wejściówki VIP”. Tam też obejrzałyśmy Headlinera tego dnia czyli… fajerwerki!! Wychodząc na Gooral’a Niedziela 3.07
Ciężki dzień, bo tyleż biegania!
- The Black Tapes – całkiem konkretne polskie granie, i uwielbiam wokaliste za tekst o supergwiazdach castingowych programów telewizyjnych typu Xfactor czy inne takie takie.
- These New Puritans – zacnie, a wokalista jest strasznie podobny do Ian Curtis’a.
- The Wombats – I never knew i was a techno fan…! Całkiem spoko, ale myślałam, że będzie porównywalnie do Mando Diao z edycji 2010. Nie było.
- JAMES BLAKE –WOW! Oczekiwań strasznych nie miałam bo chodziły dosyć negatywne opisy jego koncertów w internecie, ale strasznie chciałam usłyszeć to jego cudo na żywo! I to co usłyszałam rozbiło mnie w drobny pył! Te basyyy! Serce się krajało gdy musiałam wyjsc wcześniej żeby zająć miejsce na najważniejszy koncert festiwalu.
- The Strokes – Dobra, jest to wylansowany etc etc zespół, ale gdy ich pierwszy raz usłyszałam jakoś na początku gimnazjum czyli dosyć dawno temu to stwierdziłam, że fajnie by było dotrzeć kiedyś na ich koncert i właśnie miałam tą okazje. Doszłam dosyć blisko sceny. Wyszli. Takiego bydła nigdzie nie widziałam chyba na początku popolować trochę żaden problem jednak kostka nadwyrężona na Selectorze dała o sobie znać i trzeba było się odrobine wycofać. Zdziwieniem było że królewicz Casablanca ruszył w publikę. I skończyło się mu to trochę kiepsko bo wyszedł bez okularów, z czego Onet zrobił już wielki skandal ! Kupi sobie nowe, stać go. Koncert meeeega! Juicebox na żywo? Marzenie – spełnione!
- M.I.A. – na początku bauns, potem stagnacja, aż w końcu kima. Nudne to a człowiek się tak nastawiał.
- Deadmau5 – Dobra zdechła mysz nie jest zła! Ale niestety brak sił na całą… Pożegnanie ze scenami gastronomią…
Następnego dnia, pakowanko i rajd do autobusu. Pożegnanie z Babimi… Po tej edycji nie wiem czy za rok wrócę… A smutne to bo po pierwszej obiecałam sobie, że zawsze będę.

Open’er się skończył. Nastała podróż do Poznania. Na peronie tyle osób co na „warszawskim” więc można było się poczuć jakbym wracała do domu. Ale nie! Toż to dopiero jeden festyn za mną. Cud – siedzące miejsce w tlk do PZN.
A w Poznaniu, Malta trwa w najlepsze. 5 lipca darmowe koncerty w Pasażu Kultury. Hjatalin i Bloodgroup. Hjatalin calkiem, całkiem, ale Bloodgroup –wohooo! Są niesamowici! Aż zainwestowałam w ich płyte, wiszą mi 40 eurocentów!

Do widzenia Poznaniu, do widzenia Malto. Pohodo nadchodzimy! Ach te połączenia do Trenczyna

Ale jakoś dotarłyśmy… A na Letisku Trencinie mega kolejka do wejścia! Odstałyśmy w największym słońcu ok. 1h w kolejce, gotowe zabić organizatorów. Ale jak się okazało był to chyba jedyny mankament tego festiwalu.

Rozłożenie namiotu w polskim zagłębiu na słowackiej ziemi… I prysznic . Zdziwko było jeszcze większe gdy oprócz Toi Toi ujrzałyśmy kibelkowe village z normalnymi toaletami. No Pohodo – Wielbie Cię! Jako, że było już całkiem późno, nastał czas na ogarnianie terenu festu. Teren to połączenie wiejskich festynów z wesołymi miasteczkami i oczywiście sceny i pole. Na terenie można było znaleźć wszystko czego dusza chciała. Autodromy, baseny, ludzkie piłkarzyki, namiot sileni disco z basenem… Wszystko… Jeżeli chodzi o jedzenie, królowały bramboraki i inne przysmaki słowackie, ale dzień rozpoczynał się od wizyty w festiwalowej trenciańskiej piekarni Jako, że czwartek był swego rodzaju warm-up’em, jedynym interesującym koncertem był Moby. To też zapoznane z terenem uderzyłyśmy ledwo żywe pod bażant stage’a. A tam koncert milion razy nudniejszy niż ten z Open’era 2009. Aż smuteczek brał.
Drugi dzień – 8.09
Pulp – Jarvis mistrz, ale openerowego koncertu pohodowy nie przebił
Madness – Welcom to the house of fun!
Imogen Heap – szczerze… nudne troszkę
Santigold – i ona i emajej jak dla mnie na jedno kopyto
Pulled Apart by horses – dobre dobre po raz drugi, choć wydaje mi się że na offie w zeszłym roku jakaś taka bardziej zaangażowana publiczność była…
Le Corps Mince De Francoise – niechcący natrafiłyśmy obczajając sceny. Niezłe, niezłe!
Battles – ten kolo nachrzanajacy na gitarce i na milionie klawiszy, szacun!
Lamb – ledwo żywa doczłapałam się na Runway Stage , a tam Lou&co już na scenie, początek koncertu… A co to był za koncert! Jeden z 4 najlepszych na trencinskim letisku, aż rozważam taurona!
Braids – hmm, ciekawe barwa głosu wokalistki, duchota pod namiotem + za siedzenia!
Trzeci dzień – 9.09
Pudding pani elvisowej – nazwa mistrz, takia słowacka gorsza wersja Kamp1
Public Image Ltd – tragedyja.
M.I.A. – drugi raz, drugi raz zasnęłam… o ironio!
Portishead – jedno słowo: ciary! I cholerna kostka przez która nie byłam na całym koncercie :/
Peter, Björn and John – w pełnym słońcu gwizdanie do young folks, lubię !
We have band – przez skwar lejący się z nieba nie dało rady wytrzymać na całym koncercie…
Beirut – niestety nie cały concert, jeden z największych faili festu ze tak ustawili ich w lajnapie, ale Zack to jednak jest!
Bloodgroup – uwielbiam tych Islandczyków, choć na Malcie dali lepszy koncert, głównie przez to, że Słowacy jakoś nie chcieli się za bardzo bawić…
FM Belfast – jak ja żałuje że ich nie ogarnęłam na offie! Ewrybady dżamp! Micachu and The Shapes – hmm, ile członkowie tego zespołu mają lat? Ich matki wiedzą że ćpią?!
Esben and the witch – ostatni koncert festu po którym padłam, a esbeny zacne!

Pohoda jest festiwalem godnym polecenia. Zasady tam panujące są jednak trochę inne niż te na polskich festiwalach. Zakazany np. jest crowd surfing, dziwne. Ale za to brak jest dzięki temu ochrony i wszystko odbywa się na luzie, zamiast ochrony natomiast widać wolontariuszy rozdających wodę podczas gdy np. na takim Coke’u 2010 przed koncertem Muse wodę publika otrzymała tylko dlatego, że ktoś szturchnał przechodzącego przez fosę Ziółkowskiego żeby się tym zajął. Uczcie się takich zachowań od Słowaków. Dodatkowo zbawieniem były wozy strażackie jeżdżące po terenie festiwalu i polewające ludzi wodą o raz beczkowozy z pitną wodą. Słowacy zapewniali także darmowe budzenie pod postacią grajków jeżdżących na wozie strażackim i drących się

Sierpień 2011 – Rock in Summer: Deftones

•16/12/2011 • Dodaj komentarz

16 sierpnia, Park Sowińskiego przeżył prawdziwe oblężenie fanów mocnego brzmienia. Na scenie zaprezentowały się formacje: Tides From Nebula, Flapjack, Kvelertak oraz oczekiwani od wielu lat w Polsce, zespół Deftones.16 sierpnia, Park Sowińskiego przeżył prawdziwe oblężenie fanów mocnego brzmienia. Na scenie zaprezentowały się formacje: Tides From Nebula, Flapjack, Kvelertak oraz oczekiwani od wielu lat w Polsce, zespół Deftones.

Relacja oraz zdjęcia mojego autorstwa znajdują się pod adresem:

http://warszawa.naszemiasto.pl/artykul/galeria/1039551,ciezkie-brzmienia-w-parku-sowinskiego-fotorelacja-z,id,t.html

 

Selector Festival 2011

•16/12/2011 • Dodaj komentarz

To już chyba tradycja, że na Selectorze dane jest mi być tylko pierwszego dnia, ale zawsze owy pierwszy dzień jest najlepszy, więc nie ma co marudzić…
Ale, ale przechodząc już do festiwalu… Na początku tj. w fazie ogłaszania byłam bardzo sceptyczna do line-up’u, bo golym okiem widać, że po części AlterArt poszedł na łatwiznę i wcisnął zespoły dosyć często odwiedzające Polskę, a przecież Selector miał być w założeniach taki nowatorski etc. Do zakupu biletu jednak skłoniło mnie ogłoszenie Does it offend you, yeah? i Klaxonsów, którzy choć już byli tyle razy w Polsce, powalili koncertem na Open’erze, czego się zupełnie nie spodziewałam.
Co do organizacji… Minus, że nie zorganizowano darmowych autobusów jak to miało miejsce w zeslym roku na Muzeum Lotnictwa no i brak Burn Stage’a.
Co do koncertów:
- Kamp! – jeden z najlepszych polskich zespołów, klasa sama w sobie i zawsze świetne koncerty, nie inaczej było tym razem, grali świetnie!
- Does it offend you, yeah? – WOOOOOOOOOOOOOOOOOW! – wiedziałam, że to będzie dobry koncert ale, że aż tak?! Rozgromili! Najlepszy koncert pierwszego dnia zdecydowanie! Dobrze, że grali o 20.00 przynajmniej miało się jeszcze pełno energii, aby szaleć prawie pod samą sceną przez cały koncert… Mam nadzieję, że i im się u nas podobało i szybko wrócą! Kto wie może na przyszłego Open’era? Oby!
- Crystal Castles – tragedia, pozostawie ten zespół w wykonaniach live bez komentarza
- Ladytron – całkiem całkiem, aczkolwiek nie powalające
- Klaxons – prawie porównywalnie do zeszłorocznego Open’era, miejsce pod bramkami zdobyte co prawda kiepskie, ale zawsze, prześpiewany i przeskakany cały koncert…

Potem umieranie w drodze na dworzec główny i oczekiwanie na pociąg zabierający mnie niechętnie ze stolicy festiwalowej na 3-4.06… Do zobaczenia za rok? Mam nadzieję :]

Ave Rojek! – Off festival 2010

•16/12/2011 • Dodaj komentarz

6 sierpnia godzina 6.30 – oczekiwanie na pociąg i towarzyszki podróży na centralnym. Oczywiście wszechogarniające szczęście z tego, że już za 15,5h usłyszę ‘Dom nauki wrażeń’ live – ach! Ale do tego jeszcze daleko – najpierw czekała mnie 4h podróż do Katowic, poszukiwanie autobusu dowożącego do katowickiego muzycznego raju = doliny trzech stawów i tu fail przez sprawdzony sposób idź za tłumem – otóż nie – powinno być idź za wielkim tłumem – dopiero za drugim razem trafiłyśmy na odpowiedni przystanek… Po dotarciu na 3 stawy trzeba było odstać swoje w wielkiej kolejce do wejścia na pole – nawet na open’erze takich nie ma o.O Ale na szczęście w okolicach 12.30-13.00 – namiot rozstawiony, materac napompowany…- można dalej ogarniać okolice… Choć wszyscy uderzali do pobliskiego centrum handlowego my postanowiłyśmy udać się już do miasteczka festiwalowego części koncertowej.
Opis koncertów będzie podobny do tego z Opener’a, gdyż było ich dosyć dużo – w sumie ponad 30 ;) – niby a zobaczyło się porównywalnie więcej niż podczas Openerowych 4 dni.
Dzień 1. (oczywiście Off trwał od 5.08. ale ja wygrałam z Machiny – dzięki Ci o Machino!, 3dniowy więc na tyle tez pojechałam, dniem 1szym dlatego też jest dla mnie 6.08)
Po rozstawieniu się na polu od razu obrałam kierunek – festiwal.
We Call it a sound niestety koncertu widziałam bardzo mało gdyż po 2 piosenkach mżawka przeistoczyła się w oberwanie chmury i nawet sam zespół przerwał na jakiś czas granie – pozytywnie
Tin Pan Alley – byłam bardzo ciekawa ich koncertu ponieważ zaintrygowali mnie w kwietniu tego roku kiedy to wpadła mi w ręce ich EP’ka, muzyka do chill’outu – pozytywnie
Kim Nowak – nie dane mi było dotrzeć na 2 wcześniejsze koncerty w Wawie więc był to mój pierwszy koncert KN i jakże wyczekiwany – na żywo jak na płycie – zajebiście! – 8/10
Tory y moi – najbardziej wyhajpowany artysta na offie – jakież to przepowiednie krążyły w necie przed offem co się będzie działo w trójkowym namiocie – a było nieźle – przyznam, ale nie jakoś szczególnie porywające – zadziwiające kilkukrotne bisy, aż sam TyM był zdziwiony i podziękował nam, że tak wspaniale reagujemy bo to jego ostatni koncert na trasie euro – 6/10
The Horrors – na płycie naprawdę nieźli, a koncert- może ja jestem jakaś nieogarnięta ale gdy widzę wychudzonego człowieka z dziwną facjatą pokładającego się na mikrofonie przez ok 60 min to coś jest chyba nie tak, a muzycznie – o dziwo wolę płytę… – 4/10
Art Brut – jeden z niewielu zespołów, który dobrze znałam przed przyjazdem na 3stawy – pełen energii koncert z wokalistą skaczącym jak na skakance /przy pomocy kabla od mikrofonu/ i rzucającego się w tłum i przechadzającego się w tymże tłumie opowiadając jakieś durne historie ;) – żałuję, że musiałam się zebrać przed Emily Kane ale przecież LENNYYY! – 9/10
LENNY VALENTINO – specjalna reaktywacja, specjalnie na offa – zacne miejsca pod barierką – idealny widok – Rojers, Miettal, Cieślak w pełnej krasie … najpierw 20 minutowe opóźnienie – ale sadze ze nikt nie narzekał po tym koncercie na durne opóźnienie… + deszcz który niesamowicie zbudowali klimat, który i tak był już przepełniony emocjami tych kilku tysięcy ludzi- sądzę, że nie tylko ja stałam jak zaczarowana, ciarki przechodziły po plecach przez cały koncert po jak przy tych dźwiękach miałyby nie przechodzić – a dom nauki wrażeń i uwaga! jedzie tramwaj – czyste piękno – aż łza się w oku zakręciła, usta same wyśpiewywały słowa… – po prostu piękne! 15/10!
The Fall- zaczarowana przetransportowałam się pod scenę leśną -a tam coś z zupełnie innej bajki – i bynajmniej nie mojej więc posiedziałam posłuchałam i się usunęłam… – 3/10
Dzień 2.
Poranna kawka w c.h. 3 stawy + nieudana próba przekimania się w empiku a nie w patelni zwanej namiotem…
a potem znów pod sceny…
Paula i Karol – ile oni mają pozytywnej energii! – nastroili mnie na cały dzień ;D 8/10
Manascape – słuchane ze strefy gastronomicznej – pozytywnie
- wtrącę – dlaczego ja nie dotarłam na FM BELFAST??!!! ;/
Pustki – nie odwaga – piękna piosenka – 3/10
Mitch&Mitch – nie jestem jakąś wielka amatorka muzyki instrumentalnej ale oni nie potrzebują słów żeby rozruszać publiczność – 7/10
Pink Freud – pozytywnie
Mouse on mars – naprawdę dobry set jednak żałuje że przeniosłam się na archie bronson outfit bo potem rozkręcili się jeszcze bardziej ;/ – 7/10
Archie Bronson Outfit – takie sobie granie w wykonaniu panów w sukienkach zachrzanionym afrykańcom – 4/10
Hey – ależ to był zawód! – prawie ze tylko z nowej płyty – a gdzie teksański np? ale i tak zacny koncert nie licząc najaranej laski non stop pokładającej mi się na plecach.. 7/10
Mew – fajnie, ale jakoś mnie nie poruszyło za nadto 6/10
Dinosaur JR.- legenda alternatywy – grali na pożyczonym sprzęcie, ale i tak im to bardzo dobrze wyszło – pogo przednie było ;) aż zaliczyłam glebe – 8/10
Lali Puna – troszkę usypiające ale dobre na chill – 5/10
Dzień 3.
Tradycyjnie kawka i odwiedzenie reala co by zrobić zapasy …
Let the boy Decide – hmm nie pamiętam tego koncertu – ale chyba źle nie było
Bipolar Bears – ze strefy gastronomicznej -nieźli – 6/10
Indigo Tree – totalny chill – i swell na żywo! – 8/10
Pulled by apart horses – część tylko – co tam się działo szkoda, że dłużej tam nie zagrzałam miejsca 7/10
Happy Pills – spodziewałam się czegoś lepszego – +/-
THE TALLEST MAN ON THE EARTH -to było piękne! myślałam, że to po prostu jakiś songwritter wziął się za gitarę i będzie brzdąkał – ale jaki on ma głos – namiot pękał w szwach i nie dziwne – ominięcie tego koncertu byłaby jedną z głupot roku + awaria strunowa z która biedny nie mógł sobie poradzić , mam nadzieje ze szybko wróci do Polandii na jakiś koncert – 11/10
O.S.T.R. – ze strefy – chcąc czy nie chcąc musiałam słuchać tego gówna – negatywnie!
Casiokids – bardzo się nastawiałam na ten koncert a to była jakaś tragedia – 3/10
Shearwater – taki tam roczek – 4,5/10
No Age -zadziwiająco dobry koncert, zwłaszcza, że słyszałam ich 1szy raz w życiu- 7/10
The Raveonettes – myślałam, że będzie bardziej energetyczny, ale zły nie był 7/10
A to co się działo przed Flaming Lips zasługuję na dłuższy opis ;D – pozostałam pod mbankową sceną po raveonettsach i o dziwo dorwałam się do bramek i to prawie na środku sceny, mając taką miejscówkę przed najważniejszym koncertem festu ani myślałam się stamtąd ruszać! i wiele było takich ludzi ;) – podczas rozkładania się obszernego sprzętu co nadzorował sam wayne coyne – odchodziły różne akcje – rzucili nam balona – a więc jak leci kilka tysięcy ludzi bawiło się w odbijanie balona – niestety balon non stop znosiły a to do ochrony /wtedy cala publika ‘buuu’ lecz wyrozumiali ochroniarze odrzucali nam balony dostając wtedy burze oklasków jakiej już chyba nigdy nie doświadczą w stosunku do swojej osoby ;P/ a to na lewa stronę wtedy nasza zacna prawa strona publika darła się ‘le-wa stro-na daj ba-lo-na!’. Śpiewaliśmy także polskie szlagiery jak panie janie, hej sokoły – wayne i całe flamnig lips + obcojęzyczna obsługa nie mieli zielonego pojęcia o co chodzi /jak potem stwierdził wayne na twitterze – ‘near riot before we play’/… i rzucali nam kolejne balony… tymczasem z trójkowego namiotu i koncertu the very best przywędrowała palma – wtedy zaczeły się okrzyki – ‘nie oddamy palmy’ – a ze było to 8 sierpnia czyli świeżo po bitwie z krzyżakami na krakowskim o krzyż ktoś podłapał i zaczął się drzeć – ‘nie oddamy krzyża’… i tak zeszło się do koncertu
The FLAMING LIPS – wayne w kuli zachrznaniający po naszych głowach – potem tony konfettii i balonów – inny wymiar! dosłownie… jacyś ludzie w pomarańczowych dresach gibają się na scenie do nich dołączają się kolesie z gry mario i niedźwiedź z krupówek, któremu na plecy wskakuje wayne – potem i can be a frog – co bylo idealnym przykładem manipulacji ludźmi – bo czy normalne jest ze ok 10 tyś ludzi udaję grizzli, kota, przczółke etc?! na koniec ‘do you realize???’ odśpiewane przez większość zgromadzonych a w tle kolejny tony konfetti. Trochę zabrakło kilku piosenek, ale ja powiedział ktoś usuwający się spod sceny po Flamingach – ‘ale mi to zryło banie’ nic tak nie odda tego co się tam działo – 2amydjs ze swoimi serpentynkami przy joy division wymięka… ;) 15/10!
I to koniec Off’a ’10, od razu po Flamingach eksmisja z pola na pociąg i powrót do Warszawki… Jednak jestem pewna, że 3 stawy w przyszłym roku jeszcze odwiedzę ;)

MUUUUSE! – Coke Live Music Festival 2010

•16/12/2011 • Dodaj komentarz

21.08
Choć kocham festiwale – nigdy nie pojechałabym na Coke Live Music Festival – bo kojarzył mi się z tanimi gwiazdkami popu, hip hopu etc typu Rihanna czy inne bzdurne gwiazdki /no może z wyjątkami typu prodigy, kaiser chiefs i the killers/. W tym roku natomiast Alterart zmienił podejście do tego festu o 180 stopni gdyż większość artystów reprezentowała muzykę o zabarwieniu rockowym – bo może oprócz Chemical Brothers – ale to klasa elektroniki sama w sobie ;) Z jednej strony to dobrze, że festiwal ewaluuje w dobrą stronę, jednak z drugiej to kolejne pieniądze do wydania… Ale jeśli chodzi o jeden zespół, który był główną gwiazdą festu – nigdy nie szczędziłabym kasy na ich koncert! Na początku roku byłam pewna, że wspomniane Muse na pewno przyjedzie do Polski i to na Open’era, lecz Alterart postanowił wszystkim zrobić niespodziankę /dość kosztowną jeżeli ktoś był na obu festach/ i ściągnąć Muse na Coke’a co było nie małym zaskoczeniem… Ale przechodząc do sedna i relacji z koncertu…
Na coke’a wybrałam się tylko na MUSE, gdyż jest to mój ukochany zespół i mam gdzieś wszystkie komentarze, że wypłynęli dzięki sadzę dla nastolatek, są przereklamowani, sprzedali się etc. – jeżeli ktoś ma wątpliwości, że jest to na prawdę prześwietny zespół niech posłucha sobie 2 płyt – Absolution i Origin of Symmetry! Miałam nadzieję, że będzie trochę mniej dziewczyn poniżej 16 roku życia drących się, że aż bębenki pękają na widok swoich ‘so sexy’ idolów typu urie czy leto ale przeliczyłam się – była ich masa i dodatkowo przynajmniej jeden rodzic – i oczywiście musieli wpierdzielać się pod samą scene stojąc jak kołki – nie mam nawet zamiaru przepraszać tych który mieli siniaki przeze mnie – bo jeżeli chcesz stać – wypad do tyłu!
Od razu z dworca znaną drogą przetransportowałam się na teren ML i stanęłam w kolejce do wejścia a tam porażający widok – owych nieletnich wymalowanych od stóp do głów w teksty typu – muse Tak chamskiej publiki jak na coke’u nigdzie jeszcze nie doświadczyłam – ludzie pchają się bezczelnie falami 5 min przed koncertem – przepychając ludzi którzy stoją kilka godzin … po raz kolejny wspomnę – nawet na open’erze czegoś takiego nie ma…

Muchy – po raz 2gi w tym roku – potupać pośpiewać można – ale mało porywające
The Big Pink – minusem była publiczność, która w większości nie zna takich zespołów więc i reakcje były kiepskie – no oczywiście jedyna piosenka przez większość znana = dominos, ale na szczęście było też velvet, które po prostu uwielbiam…
Panic!at the disco – co ziółkowi strzeliło, żeby ich ściągać? – mógł to zrobić ale hmmm 3 lata temu? a nie teraz – choć przyznam się, że zna,lam większość piosenek – po fascynacji w gimnazjum… [o.o]

MUSEEEE! Nie skłamie gdy powiem, że było to najpiękniejsze /niecałe/ 2 godziny mojego życia – prawie idealne bo wyrzuciłabym całe resistance i powrzucałabym kilka piosenek ze starszych płyt – ale i tak to było coś pięknego – choć stałam 8h czekając na ten koncert w ścisku zaduchu i między śmierdzącymi ludźmi, gdy wyszedł bellamy, dom i chris – zmęczenie jak ręką odjął a na twarzy pojawił się niewyobrażalny uśmiech!- toż to 10m przede mną stanął jeden z moich 2 największych bogów muzycznych BELLAMY! i jeszcze ten początek new born – nie mogło być piękniej… widać, że było dużo ludzi znających b.dobrze muse bo każda piosenka miała porządne chórki w postaci ok 30 tyś ludzi… refren time is running out – odśpiewany przez owy lud naprawdę był niesamowitym momentem… ale i tak najpiękniejszymi minutami było PLUG IN BABY, które po prostu wielbię i gdy usłyszałam pierwsze dźwięki nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać – z góry przepraszam wszystkich wokół mnie za moje niekontrolowane ruchy… łzy szczęścia same napłynęły do oczy pomiędzy wykrzykiwaniem każdego kolejnego słowa – mogę ten moment spokojnie zaliczyć do najpiękniejszych w mym życiu… Poza tym hysteria i niespodziewane bliss, którego nigdy nie grają! A na koniec knights of cydonia – lepszego zakończenia być nie mogło!

Na długo w pamięci zapadnie mi ‘Dziekuja!’ Matta i mam nadzieję, że nie będzie nam dane długo czekać na ich następny koncert w Polandii…

(Lipiec 2010) Święta święta i po świętach – anno domini 2010!

•16/12/2011 • Dodaj komentarz

Bardzo cieżko było mi w końcu usiąść i napisać relacje z mojego ulubionego festiwalu na który z niecierpliwością czekałam cały rok. Ale niestety ‘wszystko co dobre szybko się kończy ‘ więc i impreza na Babich Dołach minęła w mgnieniu oka. Jak zawsze było niesamowicie – niesamowita muzyka, niesamowite koncerty, niesamowita atmosfera, a i jeszcze niesamowicie rozwodniony Heineken.

Ale to blog muzyczny więc przechodzę do relacji tejże.

Na Babich stawiłam się już dzień przed pierwszymi koncertami, jako że spałam na polu gdybym przyjechała 1 lipca marne miałabym miejsca a tymczasem śmiem twierdzić, że były bliskie ideałowi. Oprócz pewnych mankamentów takich jak pewien namiot z którego 24h/dobe dochodziło ‘HADZIIIIIIIA’.

Muzyka (oceniam tylko te koncerty na które czekałam, resztę tzn te które były że tak powiem zapoznaniem z artystami oceniam tylko jako pozytyw/negatyw)

Dzień 1.

Tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy – a dlaczego? Proste! – PEARL JAM! Nie ogarniam ludzi którzy przyszli tylko na Pearl Jam a wchodzili o 21! Przeciez wiadomo, że trzeba zamienić bilet na opaskę i jeszcze postać w kolejce do wejścia… ale po co przychodzić wcześniej… oni są cwańsi. To mieli – niesamowiste kolejki! nawet organizatorzy wpuszczali bez opasek żeby tylko zdążyli na PJ. Ludzie się nigdy nie nauczą pewnych zasad… Na szczeście ja przybyłam koło 18 więc wiekszych problemów nie było../wchodząc idealnie wręcz – Łaki Łan grali moją ulubioną ichnią piosenke/

Bardzo ubolewałam nad niedotarciem na Indigo Tree no ale cóż… życie! /a po za tym odrobiłam na Offie ;) /

- Ben Harper & R7 – nie porwała mnie jego twórczość przed Babimi jednak postanowiłam sprawdzić jak sobie radzi na żywo – pozytywnie!

-The Phenomenal Handlcap Band – Byłam tylko chwile ale ta chwila była naprawdę zacna ;) – pozytywnie

-Yesayer – totalne zaczarowanie… trudno opisać ten koncert bo jak dla mnie to muzyka do słuchania ale na zywo panowie wypadają naprawdę dobrze. 8/10

- Pearl Jam – tumturumtumtum! – i oczekiwana przez wszystkich chwila – Pearl Jam -EDDIE i koledzy po raz kolejny w Polsce…! To był pierwszy koncert PJ na jakim byłam, ale mam nadzieję, że nie ostatni . Różnych ludzi mozna było ujrzeć na tym koncercie ale wszystkich łączyło zafascynowanie PJ /oprócz wyjatków typu- ‘trzeba sie po openerze przylansić ze sie bylo na PJ’/. Było dużo ‘Ten’ ale i ‘Fixera’, który osobiście uwielbiam. Bardzo zastanawiające dla mnie było zachownie Eddiego, który a to kazał nam się cofnąć 3 kroki do tyłu /i tak też grzecznie zrobilismy – my – kilkudziesiecio-tysieczny tłum/ lub wspominał o bezpieczeństwie.Dopiero po jakimś czasie przypomniało mi się że to przecież na ich koncercie na Roskilde kilka lat temu zgineło chyba 9 osób. + polski Ediego – bezcenny ;) 9/10

-Tricky – nie powiem żybym była zachwycona tym koncertem, przekoanałam się, że jednak taki kierunek trip-hopu to rzecz nie dla mnie. Choć na + świetna interakcja z publicznością i zaproszenie cześci na scene… podobno potem szanowny pan T. przechadzał sie po miasteczku festiwalowym… To się ceni heh ;) 3/10

-2manydj’s – Po Trickym zostałam już pod tentem w oczekiwaniu na /obok PJ/ dla mnie najważniejszą gwiazdę 1szego dnia – SOULWAX! pod banderą 2manydj’s… I nie przeliczyłam się w swoich oczekiwaniach… Było poprostu nieziemsko! Porównywalny gig do Krwawych Buraków na Selectorze. Widać, że panowie Belgowie znają się na tym co robią bo robią to świetnie! + konfetti na koniec przy remixie joy division Dzień 2.

-3moonboys – +/-

- Die Antwoord – wszyscy tak zachwycali się ich koncertem… a to była tragedia! – największa frajda dla publiczności non stop ‘k****’? … 1/10

- Lao Che – ale tylko kawałek – nie znam ich twórczości i jakoś nie nie ciągnie mnie aby się z nią zapoznać… +/-

- Fox – na ten koncert bardzo czekałam! – czytałam wiele pozytywnych recenzji a i osoby ktore brały udział w tym projekcie też nieznane mi nie były. Niesamowite głosy, zajebista muzyka. 7/10

- Soniamiki – pozytywnie

-Mando Diao – jak wszyscy oczekiwałam na ‘Dance with somebody’ /oczywiscie było na końcu – ale SZAŁ był hehehe ;) / świetny koncert choć jakoś nie znam całej ich twórczości.

-Massive attack – trip hop najwyższej klasy + te napisy w tle = mega! 7/10

-Klaxons – mimo lansiarni i indie towarzystwa pod namiotem koncert był zajebisty a nawet sam zespół był zaskoczony! po – nie było na mnie suchej nitki! ale uwielbiam moment kiedy na koncercie robi się naprawdę ostro ludzie zaczynają pogo a wszyscy Ci hardzi wpychający się pod scenę nie mogą już wytrzymać i wychodzą, na ale cóż, są i tacy… 9/10

- Empire of the sun- szybki transport na maina i tenta – niestety już grali – wiec tanecznym krokiem doszłam dosyć daleko – niespotykane show, to muszę przyznać ;) – 8/10

-Cypress Hill – nie jestem przekonana do tej muzyki – może oprócz ‘what’s your name, what’s your number’ – zahaczone w drodze na pavement +/-

-Pavement – przyznam ze nie znam ich wszystkich płyt ale chciałam ich usłyszeć na żywo i nie zawiodłam się. Naprawdę niezły live ;) – 7/10

Dzień 3 [obok dnia 4 najbardziej oczekiwany]

To dzień KASABIAN! Tyle czasu czekałam na ich koncert w Polsce [dokładniej od wydania Empire] i nareszcie ten dzień! ;]

Ale po kolei:

- L.U.C. – to jedyny polski raper [czy jak go tam zwą], którego jestem w stanie słuchać. Jego teksty idealnie oddają polską rzeczywistość wzbudzając jednocześnie śmiech z tego co nas otacza – 7/10

- Niwea – chciałam usłyszeć na żywo ‘Miłego, młodego człowieka’ – ale nie doczekałam bo się z namiotu alterspace’a ewakuowałam – wg mnie ten projekt to niestety niewypał – 1/10

- Popkultura – miałam dotrzeć na Julie Marcell, ale w drodze na tenta nogi odmówiły posłuszeństwa, więc trafiłam na nich na young stage’u – nie zachwycające +/-

- Skunk Anansie – i pytam się skąd ta kobieta [Skin] w tym wieku ma tyle energii?! Istny wulkan! Świetny koncert + ten crowd surfing w wykonaniu SKIN ;D 8/10

-KASABIAN – jeden z 2 koncertów na które głównie przyjechałam w tym roku na Babie. I nie zawiodłam się. Na szczeście miałam miejscówke wśród ludzi tak jak ja znających wszystkie piosenki i zajebiście się bawiącyc. Nie ogarnełam nawet problemów technicznych na które wszyscy tak narzekali. Prześpiewałam i przeskakałam 1,5h, a końcówka czyli L.S.F. to jedno z moich piekniejszych koncertowych doświadczeń – kilkadziesiąt tysięcy ludzi nucacych melodie L.S.F. nawet już po zejściu Tom, Sergia i reszty ze sceny. 15/10 [w moim rankingu koncertowym uplasowali się na zacnym 2 miejscu obok TDW]

- Hot Chip – bardzo chciałam zobaczyć jak wypadają na żywo – ‘One life Stand’ to niezła płyta choć ich ‘live’ nie jest tak porywający jak zapowiadał Mr. Ziółkowski 6/10

- kawałek Matiyashu – chyba jedyny muzyk /żyjący/ w którego wykonaniu reagge mi się podoba 5/10

- Gorillaz Sound System – porażka – po co ściągać gorillazowe podróby? To się mija z celem – 0/10

Dzień 4

I wreszcie dzień Jacka /White’a/!

Choć wiele ludzi nie wierzyło w to, że The Dead Weather przyjadą w tym roku do Polski, ja wierzyłam do końca /tj. do ostatnich ważniejszych openerowych ogłoszeń/ i opłacało się ! Ten dzień to dzień czatowania pod mainem i oczekiwaniem na Jacka i TDW!

-Muchy – kilka piosenek się znało, trochę się pośpiewało, jednak koncert głównie przeleżany na babiodołowej-megawygodnej twace 3/10

- The Hives – ‘no spoko było’. Wokalista = wulkan energii i niesamowity konferansjer + duża dawka naprawdę energetycznego ‘muzycznego kopa’ przed TDW, ale oczekiwanie przyćmiło trochę zachwyt nad tym koncertem 8/10

- THE DEAD WEATHER – I nareszcie! – TDW! – Jacek, Allison, Jack L. i Dean! = The White Stripes, The Kills, Queens of the Stone Age i The Raconteurs w jednym! Czego chcieć więcej! ;D

Zaraz po Hives’ach zajęłam odpowiednie miejsce i oczekiwałam z niecierpliwością na Jacka! Muszę przyznać, że nawet techników ma niesamowitych/odstawieni w garniaki i kapelusze/. Gdy wyszli – na początku niedowierzanie, że to prawda – ze na scenie jest White’a a potem 1,5 czyściutkiego szczęścia + cały koncert prześpiewany i przeskakany. Aż łezka się w oku kręciła gdy Jacek wyszedł zza perkusji i zagrał ponad 6 minutową solówkę na gitarze. Coś przepięknego!

Fatboy niestety znudził mocno.

I to koniec Open’era 2010. Pa Babie doły!

Czerwiec 2010 – The Subs + Blood Red Shoes + Crystal Castles, Warszawa

•10/12/2011 • Dodaj komentarz

Do końca nie było pewne czy zawitam w Lofcie 44 na koncercie zacnej grupy zwanej THE SUBS, jednak jakimś cudem dotarłam. Przed gwiazdami wieczoru kilka warszawskich kolektywów zaprezentowało swoje możliwości, jednakże gwiazdy to gwiazdy. Za wczasu zajęłam sobie miejsce przy barierkach, aby mieć dobry widok ;) Koncert był energetyczny, ale jak mogło być inaczej skoro The Subs są nazywani drugim SOULWAX a to już do czegoś zobowiązuje! Koncert trwał chyba koło 2 godzin.  Cały klub szalał, a do tego wszystkiego Subsi zaprezentowali później krótki set. Naprawdę warto było tam zawitać. To piątek… a w sobotę? W sobotę w 1500m2 do wynajęcia zagrali nie kto inny jak Blood Red Shoes! Na płycie są naprawdę dobrzy, wiec jak można byłoby ominąć ich koncert i to jeszcze za free?! Niestety mieli opóźnienie a impreza na której występowali była jedna wielką porażka ze względu na  gości, którzy w niej uczestniczyli. Ale dla BRS można się poświęcić. W końcu po ustaleniu miejsca i godziny gdzie graja pojawiłam się pod scena w oczekiwaniu…

Obrałam bardzo dobry punkt bo stałam jakieś pół metra od Stev’a – perkusisty i wokalisty BRS i tym samym 1/2 zespołu. Koncert naprawdę niesamowity,  jednak minusem bylo nagłośnienie, gdyż z przodu nie było słychać wokali. Dodatkowo ochrona, która nagle wleciała przed scenę stwierdziła, że najlepszym sposobem na ochranianie “gwiazd” będzie rozpychanie osób z  samego przodu, bo nikt przecież nie wie, istnieje takie przydatny wynalazek jak bramki. BRS dało się nawet namówić na BIS podczas którego Steve i Laura zamienili się instrumentami i stworzyli dość ciekawą improwizacje. Weekend naprawdę udany!

Crystal Castles @ Stodoła -24.06
Indiemałolatowa masakra… Średnia wieku  podczas koncertu to około 15 lat. Oczywiście bez legginsików i wora zamiast bluzki nie jesteś na tyle alternatywny by móc być na tym koncercie.

W stodole pojawiłam się juz o 19.30 zaraz potem otworzyli drzwi i ruszyła horda tak samo ubranych hipsterów. Ja tymczasem spokojnym krokiem zajełam miejsce przy barierkach i był to błąd, jak się później okazało gdyż hołota napierała zanim koncert Crystal Castles sie w ogóle zaczął. Spodziewałam się czegoś więcej, może to przez to, że Alice Glass zmieniała tylko miejsce przebywania ze stania na perkusji przez szamotanie się po scenie przez lezenie i nachrzanianie publiki. Niestety nie było nic słychać przez pierwsze 3 piosenki, bo albo mikrofon nie działał albo sobie dziewczyna odpuściła. Crystal Castles,  ‘artystycznie’ jest lepsze studyjne, bo na żywo jest to poprostu rąbanka by ethan oraz darcie się alice, dodatkowo  jej niecodzienny image sceniczny. Jednak muszę przyznać, że zdecydowanie można się wyżyć na ich koncertach, nie wiem jak to zrobiłam ale przez cały koncert wytrzymałam przy barierkach i żyje choć mam wiele obrażeń ;].
Muszę przyznać, że gdy dzisiaj jak to mam w zwyczaju oglądałam filmiki z koncertu, myślałam że umrę ze śmiechu. Te przeraźliwe krzyki panienek średnio po 14 lat/często mocno pod wpływem/ leżących na podłodze w czasie koncertu i deptanych przez resztę publiki lub historie o tychże nastolatkach rzygających jeszcze przed CC. Proponuje  takim osobom siedzieć w domu, bo koncert nie polega na tym żeby się nawalić tylko żeby uczestniczyć w nim i brać też pod uwagę, że nie jesteśmy na nim sami.

Co do supportu – V/A Team. Naprawdę dobre remixy, zwłaszcza xx’sów którego nie znałam i gorillaz. Te utkwiły mi w pamięci, jednak 3h setu to trochę za dużo. Zdaje sobie sprawę, że to nie ich wina po prostu CC siedzieli sobie w hotelu jak gdyby nigdy nic. Na jakiś czas chyba będę unikać imprez na których będą grali, a w Warszawie jest to BARDZO trudne ;)

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.