Komu nie marzy się festiwalowy trip? Mi jak najbardziej, więc postanowiłam się na taki wybrać. Co stało się moim celem? Open’er festival w Gdynii, Malta Festival w Poznaniu i Bazant Pohoda w słowackim Trenczynie. Choć koncerty na gdyńskim Openerze zaczynają się dopiero w czwartek, nauczona doświadczeniem śpiąc na polu namiotowym wybrałam się tam już 29 czerwca, a właściwie 28 gdyż dzięki kochanemu PKP, które zawsze „dba” o swoich klientów podróż do Gdynii trwała prawie 9 godzin co przeważyło nad pomysłem nocnej podróży. Spakowana na dwutygodniowy trip z namiotem w ręku, dziwnie patrzyłam na ludzi spakowanych w nawet większe plecaki/ walizki na 4 dni. No ale cóż, przecież to Open’er, a gdzie indziej jak nie tam mogą się polansować swoimi hipsterskimi ciuchami z „secondhandów” [h&m’a]… Powracając do festiwalu. Przyjeżdżamy na Babie Doły, płatnym autobusem bo przecież trudno było poddać do informacji, że już od środowego poranka działają te darmowe, przy okazji milion działkowych babć i dziadków kilkadziesiąt razy mówi nam na jakim mamy wysiąść przystanku [spoko, nie dojechałybyśmy chyba do Świnoujścia]. Wysiadamy z autobusu a tam czeka już pod wejściem chmara Openerowiczów. Jedni przestraszeni, widać, że pierwszoroczni inni starszaki z minionymi opaskami na ręku. A tam ledwo co ogarnięte Babie, nawet napisu powitalnego nie zdążyli założyć, ale za to pełno obsługi i pracowników AA paraduje na rowerkach i jeździ w te i nazad. OK. Otwierają. I ruszyyyyli. Spokojnie otrzepuje plecak z ziemi i zmierzam w stronę opaskowni. Nawet nieduża kolejka, ujdzie. Wejście na pole? Jak zawsze nie przeszukują. Miejsce na polu? Bliskie idealowi. Namiot rozbity = PLAAAAŻA! Och Babiodołowe schody ale się za wami stęskniłam! Dało radę. Potem „MELANŻ MELANŻ MELANŻ”, koniec aktu pierwszego,tfu… dnia. Dzień drugi. Szaleni fani Coldplay czekający pod wejściem od hmm… wole chyba nie wiedzieć od której.
Przechodzę już do koncertów, których w tym roku zaliczyłam dosyć mało… Czy to przez pogodę? Nie wiem.
Czwartek 30.06
- The National – To na nich najbardziej czekałam tego dnia, po koncercie w Stodole nie mogłam odpuścić, aby ich znowu nie usłyszeć. Jednak grali jakby byli zmęczeni, bez tej ich energii, bez Venderlyle Crybaby Geeks acapella…
-Coldplay – hmm… Nie lubię zimnogrających, więc większość przesiedziałam niedaleko sceny choć przyznam że było kilka momentów, że aż wstałam i zaczełam nucić, ale stać pod scena? Nigdy! Już koncert Nationali był „ciasny” od psychofanek Martina&Co. I te spojrzenia gdy człowiek sobie głośno śpiewał Runway czy Fake Empire…ehhh
-Simian Mobile Disco – Słyszałam różne recenzje ich występów, ale jednak przeszłam się na ich koncert. Miał być live… Chyba wprowadzili nowe znaczenie tego słowa bo jak dla mnie to szarżowali po prostu za dekami… Ale Audacity of huge na żywo? Klasa!
- Caribou –SUUN SUUN SUUUN – The Twilight Singers – Dulli drugi raz w tym roku! Dobrze było, ale jednak te barierki w Stodole to było to!
- Two Door Ciemna Club – Tent szczelnie wyhipsterzony, ale miło było pobaunsować do ich brzdęków.
Piątek 1.07
-D4D – Jak na Polaków, są świetni!
- British Sea Power – hmm… Jak chyba większość publiczności zgromadzonej na tym koncercie, byłam tam tylko dlatego, że co jak co, ale tent wspaniałym schronieniem przed deszczem jest. A panowie z BSP, przykro mi ale mocno nudzili!
-Pogodno…
- Foals – Początek ich setu to mistrzostwo, wszystkie moje ukochane piosnki! Więc z mniejszym bólem serca mogłam się zebrać na CF. Ale nie sądziłam, że tak alternatywny wokalista będzie się w Polandii tak dobrze bawić… A dobrze, że na Babich jest dużo fałszujących Anglików, nie czuje się człowiek samotny fałszując razem z nimi.
- żałuje koncertu Cut Copy na który niestety nie dotarłam, wygrała wyprawa do namiotu aby przebrać się w coś suchego przed Foalsami… Ale i tak po zeszłorocznym koncercie szaleństwa się spodziewać nie mogłam…
- PULP – jeden z najlepszych koncertów Openera 2012, obok Strokesów najlepszy właściwie! Co ten Jarvis wyprawia na tej scenie! Całe Babie szalały choć lało strasznie… Nawet Jarvisowi deszcz zacinał prosto w twarz, cały zaplanowany koncert mu nie wypalił więć musiał improwizować z zabawianiem publiki i amen. „ddddddddddo you wanna know?” + „Gdańsk, do you wanna GGDDANCE?” -Crystal Fighters – przychodzę na Tent, a tam ledwo da się wejść! I dobrze! Impreza była przednia! Co prawda nie przebije baunsów na 2manydj’s rok wczesniej ale byli blisko! I LOVE LONDON!
- deszcz – to chyba był tajemniczy headliner piatku oprócz Pulp, ale i tak nie przeszkadzał nikomu przy tak niesamowitych koncertach
Sobota 2.07
10 rocznica? I nic do obejrzenia? Hmmm… Fail? Tak! Dzięki Z.
Może i ktoś nazwie mnie ignorantką (choć ni jak się ma to do rzeczywistości) ale sobota w tegorocznym line-up’ie Open’era wiała nudą… Dlategoteż początek dnia to Paristetris i Prums a potem powrót na pole, na dalsze koncerty dojscie dopiero przy początku Princea. To była konkretna nuda więc po chyba 7 piosenkach zwinęłyśmy się do klubu Heinekena do którego Heineken zasponsorował mi 4 „wejściówki VIP”. Tam też obejrzałyśmy Headlinera tego dnia czyli… fajerwerki!! Wychodząc na Gooral’a Niedziela 3.07
Ciężki dzień, bo tyleż biegania!
- The Black Tapes – całkiem konkretne polskie granie, i uwielbiam wokaliste za tekst o supergwiazdach castingowych programów telewizyjnych typu Xfactor czy inne takie takie.
- These New Puritans – zacnie, a wokalista jest strasznie podobny do Ian Curtis’a.
- The Wombats – I never knew i was a techno fan…! Całkiem spoko, ale myślałam, że będzie porównywalnie do Mando Diao z edycji 2010. Nie było.
- JAMES BLAKE –WOW! Oczekiwań strasznych nie miałam bo chodziły dosyć negatywne opisy jego koncertów w internecie, ale strasznie chciałam usłyszeć to jego cudo na żywo! I to co usłyszałam rozbiło mnie w drobny pył! Te basyyy! Serce się krajało gdy musiałam wyjsc wcześniej żeby zająć miejsce na najważniejszy koncert festiwalu.
- The Strokes – Dobra, jest to wylansowany etc etc zespół, ale gdy ich pierwszy raz usłyszałam jakoś na początku gimnazjum czyli dosyć dawno temu to stwierdziłam, że fajnie by było dotrzeć kiedyś na ich koncert i właśnie miałam tą okazje. Doszłam dosyć blisko sceny. Wyszli. Takiego bydła nigdzie nie widziałam chyba na początku popolować trochę żaden problem jednak kostka nadwyrężona na Selectorze dała o sobie znać i trzeba było się odrobine wycofać. Zdziwieniem było że królewicz Casablanca ruszył w publikę. I skończyło się mu to trochę kiepsko bo wyszedł bez okularów, z czego Onet zrobił już wielki skandal ! Kupi sobie nowe, stać go. Koncert meeeega! Juicebox na żywo? Marzenie – spełnione!
- M.I.A. – na początku bauns, potem stagnacja, aż w końcu kima. Nudne to a człowiek się tak nastawiał.
- Deadmau5 – Dobra zdechła mysz nie jest zła! Ale niestety brak sił na całą… Pożegnanie ze scenami gastronomią…
Następnego dnia, pakowanko i rajd do autobusu. Pożegnanie z Babimi… Po tej edycji nie wiem czy za rok wrócę… A smutne to bo po pierwszej obiecałam sobie, że zawsze będę.
Open’er się skończył. Nastała podróż do Poznania. Na peronie tyle osób co na „warszawskim” więc można było się poczuć jakbym wracała do domu. Ale nie! Toż to dopiero jeden festyn za mną. Cud – siedzące miejsce w tlk do PZN.
A w Poznaniu, Malta trwa w najlepsze. 5 lipca darmowe koncerty w Pasażu Kultury. Hjatalin i Bloodgroup. Hjatalin calkiem, całkiem, ale Bloodgroup –wohooo! Są niesamowici! Aż zainwestowałam w ich płyte, wiszą mi 40 eurocentów!
Do widzenia Poznaniu, do widzenia Malto. Pohodo nadchodzimy! Ach te połączenia do Trenczyna
Ale jakoś dotarłyśmy… A na Letisku Trencinie mega kolejka do wejścia! Odstałyśmy w największym słońcu ok. 1h w kolejce, gotowe zabić organizatorów. Ale jak się okazało był to chyba jedyny mankament tego festiwalu.
Rozłożenie namiotu w polskim zagłębiu na słowackiej ziemi… I prysznic . Zdziwko było jeszcze większe gdy oprócz Toi Toi ujrzałyśmy kibelkowe village z normalnymi toaletami. No Pohodo – Wielbie Cię! Jako, że było już całkiem późno, nastał czas na ogarnianie terenu festu. Teren to połączenie wiejskich festynów z wesołymi miasteczkami i oczywiście sceny i pole. Na terenie można było znaleźć wszystko czego dusza chciała. Autodromy, baseny, ludzkie piłkarzyki, namiot sileni disco z basenem… Wszystko… Jeżeli chodzi o jedzenie, królowały bramboraki i inne przysmaki słowackie, ale dzień rozpoczynał się od wizyty w festiwalowej trenciańskiej piekarni Jako, że czwartek był swego rodzaju warm-up’em, jedynym interesującym koncertem był Moby. To też zapoznane z terenem uderzyłyśmy ledwo żywe pod bażant stage’a. A tam koncert milion razy nudniejszy niż ten z Open’era 2009. Aż smuteczek brał.
Drugi dzień – 8.09
Pulp – Jarvis mistrz, ale openerowego koncertu pohodowy nie przebił
Madness – Welcom to the house of fun!
Imogen Heap – szczerze… nudne troszkę
Santigold – i ona i emajej jak dla mnie na jedno kopyto
Pulled Apart by horses – dobre dobre po raz drugi, choć wydaje mi się że na offie w zeszłym roku jakaś taka bardziej zaangażowana publiczność była…
Le Corps Mince De Francoise – niechcący natrafiłyśmy obczajając sceny. Niezłe, niezłe!
Battles – ten kolo nachrzanajacy na gitarce i na milionie klawiszy, szacun!
Lamb – ledwo żywa doczłapałam się na Runway Stage , a tam Lou&co już na scenie, początek koncertu… A co to był za koncert! Jeden z 4 najlepszych na trencinskim letisku, aż rozważam taurona!
Braids – hmm, ciekawe barwa głosu wokalistki, duchota pod namiotem + za siedzenia!
Trzeci dzień – 9.09
Pudding pani elvisowej – nazwa mistrz, takia słowacka gorsza wersja Kamp1
Public Image Ltd – tragedyja.
M.I.A. – drugi raz, drugi raz zasnęłam… o ironio!
Portishead – jedno słowo: ciary! I cholerna kostka przez która nie byłam na całym koncercie :/
Peter, Björn and John – w pełnym słońcu gwizdanie do young folks, lubię !
We have band – przez skwar lejący się z nieba nie dało rady wytrzymać na całym koncercie…
Beirut – niestety nie cały concert, jeden z największych faili festu ze tak ustawili ich w lajnapie, ale Zack to jednak jest!
Bloodgroup – uwielbiam tych Islandczyków, choć na Malcie dali lepszy koncert, głównie przez to, że Słowacy jakoś nie chcieli się za bardzo bawić…
FM Belfast – jak ja żałuje że ich nie ogarnęłam na offie! Ewrybady dżamp! Micachu and The Shapes – hmm, ile członkowie tego zespołu mają lat? Ich matki wiedzą że ćpią?!
Esben and the witch – ostatni koncert festu po którym padłam, a esbeny zacne!
Pohoda jest festiwalem godnym polecenia. Zasady tam panujące są jednak trochę inne niż te na polskich festiwalach. Zakazany np. jest crowd surfing, dziwne. Ale za to brak jest dzięki temu ochrony i wszystko odbywa się na luzie, zamiast ochrony natomiast widać wolontariuszy rozdających wodę podczas gdy np. na takim Coke’u 2010 przed koncertem Muse wodę publika otrzymała tylko dlatego, że ktoś szturchnał przechodzącego przez fosę Ziółkowskiego żeby się tym zajął. Uczcie się takich zachowań od Słowaków. Dodatkowo zbawieniem były wozy strażackie jeżdżące po terenie festiwalu i polewające ludzi wodą o raz beczkowozy z pitną wodą. Słowacy zapewniali także darmowe budzenie pod postacią grajków jeżdżących na wozie strażackim i drących się

Najnowsze komentarze